Kategorie
Lepsze rozmowy

Jak się pisze bajki – Rozmowa z Patrycją Mnich

Uwielbiam pisanie bajek, choć jest to – dla mnie osobiście – niezwykle trudne zajęcie. Literatura dla dorosłych jest przy bajkach prostsza w obsłudze. Choć mam już połowę pierwszego tomu powieści dla młodzieży, to jednak jej pisanie konsultuję z mężem, dzięki czemu świetnie się bawimy a i praca przy pisaniu idzie zdecydowanie przyjemniej. Ostatnio w Empiku wydałam piękną bajkę, która cieszy się dużym zainteresowaniem wśród młodych czytelników i ich rodziców. Prym wiedzie format audio, gdyż został nagrany w postaci słuchowiska. Jaki jest algorytm sukcesu słuchowiska? Bardzo prosty: dobra treść + świetne wykonanie i aranżacja. W tym przypadku za sukces odpowiada autorka bajki Patrycja Mnich i muzyk Daniel Grupa, z ogromnym wsparciem całej rodziny, która wzięła czynny udział w realizacji słuchowiska. Do posłuchania bajki zapraszam TU. A niżej rozmowa o pisaniu bajek z autorką Ptaków Dziwaków.

Czy morał zawsze musi być?

Nie wiem. Naprawdę. Nie jestem specjalistką od dziecięcej literatury, ale jej wielką fanką. Piszę głównie dla dorosłych, dla dzieci udało mi się do tej pory napisać dwa razy – dawno temu książkę „Klątwa dżina”, wydaną przez wydawnictwo Publicat, a drugi raz to była sztuka teatralna „Ptaki-Dziwaki”, wystawiona w krakowskim Teatrze Nowym, z której potem powstała książka i cudowna interpretacja w postaci audiobooka. Mogę powiedzieć, że uwielbiam pisanie dla młodych ludzi i mam nadzieję, że jeszcze coś popełnię dla tych czytelników. Natomiast nie kieruję się żadnymi wytycznymi, normami, właściwie jedyna jest taka, żeby gadać z dziećmi uczciwie, jak z równymi sobie. I nie traktował ich z góry. Lubię też, żeby to, co wynika z opowieści, nie było przykazaniem typu „bądź dobry i grzeczny”, ale by dawało młodym ludziom do myślenia i pozwalało im samodzielnie wyciągać wnioski. Np. w „Ptakach-Dziwakach” znalazła się chyba mocno nam teraz potrzebna przesłanka na temat tolerancji wobec inności i tego, że wszyscy jesteśmy dziwni i to jest właśnie świetne. Chciałabym, żeby moje historie pomagały dzieciom i młodzieży myśleć samodzielnie i by dodawały im odwagi do tego, by kiedyś, w  dorosłości, żyć mądrze i na własnych warunkach.

Pisanie dla dzieci – jak? Często gdy się widzi dziecko, zaczyna się do niego… seplenić, zdrabniać, ciumkać, czy w pisaniu też tak jest?

To prawda, ciumka się. Sama pamiętam jak bardzo tego nie cierpiałam jako dziecko. Podobnie jak poklepywania w policzki i mierzwienia włosów, strasznie mnie to wkurzało! Jak już wspomniałam, młodszy odbiorca jest dla mnie partnerem do rozmowy, a nie obiektem do pouczania i tiutiania.  Jeśli uda nam się przy pomocy książki pośmiać i pogadać o czymś ważnym to jest świetnie.

Czy wystarczy pomysł, by zacząć pisać dla małego czytelnika?

Jak w każdym pisaniu, pewnie trzeba też trochę potrafić pisać. J Ale uważam, że nie trzeba „znać się na dzieciach”, mieć pedagogicznego wykształcenia, czy gromadkę własnych dzieci, a raczej jakiś rodzaj ciekawości i potrzeby pogadania z młodymi ludźmi. Wręcz wydaje mi się, że najlepiej dla dzieci piszą osoby, których generalnie z dziećmi i wychowaniem nie kojarzymy. Bo oni właśnie nie tiutiają i nie wymądrzają się, tylko odwalają kawał dobrej pisarskiej roboty.

Masz czytelników testowych?

Przy „Klątwie dżina” pamiętam, że książka bardzo szybko została bohaterką audycji o literaturze dziecięcej w Radiu Kraków. I ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, bardzo się dzieciom spodobała i mówiły o niej niesamowicie mądre rzeczy! Poczułam się onieśmielona i ośmielona do dalszych działań zarazem. W przypadku „Ptaków-Dziwaków” mieliśmy testową publiczność teatralną, która uczestniczyła w próbach generalnych. No i potem na każdym kolejnym spektaklu. To akurat znakomite, gdy tekst żyje na scenie, bo można na bieżąco obserwować reakcje widzów i wyciągać wnioski.

Skąd wiesz, że książka którą napisałaś jest dobra?

Nie wiem. Boję się zawsze, czy to w przypadku książek, czy scenariuszy. J Natomiast wiem, kiedy byłam uczciwa i mogę powiedzieć „To byłam ja wtedy, tak właśnie chciałam z wami porozmawiać, nie podlizywałam się w tekście, nie próbowałam was kokietować, karmić tanią i łatwą gadką, żebyście mnie polubili. Potraktowałam was serio”. To wiem. I tak na pewno było choćby w przypadku mojej książki dla dorosłych czytelników, a szczególnie czytelniczek, „Hej, dziewczyno!”. W „Ptakach-Dziwakach” też się nie podlizywałam i niczego nikomu nie ułatwiałam.

Gdzie szukasz pomysłów do książek dla dzieci?

Mogę opowiedzieć, jak było w przypadku „Ptaków-Dziwaków”. Pewnej zimy poszliśmy ze znajomymi w góry. Był tam między innymi Piotrek Czabański, mój serdeczny kolega, a do tego pełen pasji ornitolog. Zaczęliśmy podczas wędrówki gadać o ptakach. I Piotrek tak mnie zaczarował, tak niesamowite rzeczy o tych ptakach opowiadał, jak o ludziach, z ich przywarami, zwyczajami, dziwactwami, że ja po prostu zwariowałam i jeszcze tam, na szlaku wykrzyknęłam, że trzeba z tymi ptakami-dziwakami coś zrobić! Piotrek pomógł mi wybrać postaci, czyli konkretne gatunki ptaków, w ogóle towarzyszył cały czas przy powstawaniu tekstu, więc wszystko, co tam jest na temat ptaków, jest zupełnie niezmyślone. To wiedza, która pochodzi od Piotra, który – co zupełnie nie jest dziwne – posiada ksywkę Ptasiek.

Kategorie
Lepsza twórczość

Nie zaczynaj od początku

Mieć pomysł to naprawdę połowa sukcesu. Serio. Nawet, jeśli wydaje ci się, że prócz pomysłu niewiele wiesz. Wiesz, możesz wierzyć w te bajki o swojej niedoskonałości, pustej głowie, braku wystarczającej wiedzy lub… innych trelach morelach, które podsuwa ci głowa, a możesz też zmienić na chwilę, chwilunię percepcję i sprawdzić co się wtedy wydarzy.

Bądź jak… ty!

Gdy wpadasz na pomysł napisania książki, albo każdego innego kreatywnego przedsięwzięcia, a potem sabotujesz jego realizację, to znaczy, że lubisz pojęczeć. No przykro mi, ale siedzisz wówczas w skórze ofiary i mielisz się we własnym zupełnie nie wspierającym sosie. Sos, o jakim mowa to nic innego jak poczucie braku, które doświadczasz na własne życzenie. Przykład? Mam pomysł, ale nie jestem wystarczająco przygotowany merytorycznie… Nie mam wystarczająco pieniędzy…. Jestem „noname”, a nie TEN czy TAMTEN, więc nie zacznę realizować swojego pomysłu. Przerabiałam to, na szczęście szybko zmieniłam perspektywę i wybrałam bycie nie jak ten czy tamten, ale jak ja. Z moim nazwiskiem (no dobra, po pierwszym mężu, ale piękne), z moją zawartością portfela (nowo założona firma w branży wydawniczej, kredyt na mieszkanie, utrata pracy, rozwód, sama z małym dzieckiem…), z moim zasobem merytorycznym i pomysłem, który mnie poruszył na tyle, że postanowiłam wyjść z pozycji braku w obfitość.

Uciekaj, albo giń

Wolna wola – tu jest pies pogrzebany. Zapominamy, że ją mamy, i że jest to nasz jedyny stały, najmocniejszy zasób, którym sami sterujemy swoje być albo nie być w danej dziedzinie życia. Miałam wolę, by zostać pisarką, dlatego się nią stałam. Z każdą kolejną książką pracowałam nad przekonaniami, zmianą percepcji i zaufaniem do własnych pomysłów, które… płyną z serca. Najtrudniejsza praca zawsze wiązała się z zauważeniem wewnętrznego sabotażysty i powiedzenia mu: „nie”. To ja decyduję, czy piszę książkę. To ty decydujesz, czy piszesz książkę, czy uciekasz w świat „nie mam tego i owego”. Syndrom samozwańca jest powszechnie znany, wygodny, ale już nie modny. Nie w roku 2020 i nowej rzeczywistości, którą coraz więcej ludzi kreuje świadomie. Tak więc, uciekaj dalej, albo giń w swoich dotychczasowych przekonaniach, by odrodzić się na nowo.

Koniec końców

No dobrze, łatwo mi mówić… Czyżby? Już tak. Już łatwo. A teraz praktyczna wskazówka jak spojrzeć na siebie i swoją chęć napisania książki na określony temat i pustkę w głowie, by zacząć, napisać i puścić ją w świat? Nie zaczynaj od początku. Pozwól sercu podyktować to, co ma do powiedzenia na dany temat. Spisuj wszystko jak leci, nie filtrując słów, które padną z poziomu umysłu. Wiem, że wielu znanych pisarzy mówi, że pisanie to ciężka orka, a nie spływająca fala weny czy innych boskich „świadczeń”. To ich rzeczywistość. Ja nigdy przenigdy nie powiedziałabym o pracy pisarza, że jest ciężka. Pomimo braków wiedzy, konieczności przeprowadzenia porządnej dokumentacji, zadawania miliona pytań ekspertom i zakopywaniu się w tonach archiwalnych materiałów. Moja perspektywa to czysta przyjemność. Wracając do początku: wypisz wszystko, co ci ślina na klawiaturę przyniesie w kontekście twojego pomysłu na książkę i przyjrzyj się na chłodno. W wielu przypadkach już w tym momencie zobaczysz piękny obraz, z którego wystarczy uporządkować kolejne drobne elementy, składające się na fabułę. Spróbuj, raz, drugi. A potem zastanów się, czy znasz zakończenie swojej książki. Jeśli tak, to dobrze. Zapisz je sobie, ale nie przywiązuj się do niego, ponieważ może się zmienić i to będzie w porządku. Jeśli nie wiesz jak ma się książka zakończyć, wymyśl. Zapisz i zastanów się jaki początek pasowałby do tego zakończenia. Masz już dużo, cała reszta, to naprawdę dobra zabawa.

Zdjęcie z katalogu Thought na Unsplash

Kategorie
Lepsze rozmowy

Książki potrafią przewrócić świat do góry nogami

Kiedyś szukałam dla niego czegoś specjalnego, wiedząc, że lubi Mistrza i Małgorzatę przeszukałam wszystkie księgarnie – znalazłam komiks. Jego reakcja – ogromna radość, takiej się nie zapomina. Gra w spektaklach, serialach, filmach polskich i zagranicznych, dużo podróżuje, oddaje się działaniom charytatywnym, wszytko co robi, robi z pasją i wygląda na to, że jest notorycznie zafascynowany światem. No i uwielbia książki, ja to wiem. Dziś dzień dobry z książką z Mateuszem Damięckim. O Bułhakowie, Sapkowskim, Playboyu na Syberii i nie tylko…

Dlaczego Mistrz i Małgorzata?

Mistrz dlatego, że czaruje, a Małgorzata, bo czarująca 🙂 A na magię nie ma mocnych. A bo ja wiem dlaczego…? To naprawdę nie moja wina, nie moja wola, to nie ja wybrałem tę książkę, to ona mnie upolowała. Siedzisz spokojnie w fotelu, albo leżysz w łóżku i nagle buuum!
Książka spada Ci na głowę. Nie spodziewałem się co się w niej kryje. Ktoś mi powiedział, że dobre, ale niezbyt nachalnie (widocznie, żeby mnie nie spłoszyć, nie sprowokować oczekiwań), ten ktoś (już nie pamiętam kto) musiał być Wolandem ukrytym w nieswoim ciele. Czyli pewnie samym Bułhakowem, któremu do kieszeni wpada parę rubli za każdym razem, kiedy ktoś kupi egzemplarz 🙂 Pamiętam, że przeczytałem dwie kartki i że już było po mnie. Od samego początku złapało mnie swoiste rozdrobnienie jaźni, literacka schizofrenia – z Bezdomnym siedziałem na ławce, z Lichodiejewem na molo w Jałcie, z Mateuszem Lewitą (mój ulubiony bohater tej powieści, zawsze chciałem go zagrać w teatrze lub kinie) latałem ponad szpicami wysotek stalinowskiego empire Moskwy. Stawałem się za każdym razem tym, o którym akurat pisał Bułhakow. I jak autor przeskakiwał na kogo innego, to ja razem z nim. Tak było za pierwszym razem. Potem zaczęło się zgłębianie. Każde kolejne podejście do tej książki było uzupełniane jakąś inną, dodatkową wiedzą: teoretyczną o historii Rosji tamtych czasów, oglądaniem zdjęć miasta tamtych lat, wreszcie szczegółami biografii autora. A na koniec z powieścią pod pachą przeszedłem przez współczesną Moskwę w poszukiwaniu tego, co opisane. To wciąga. Patriarsze Prudy nocą, restauracja Margarita, wódka za czerwońca i Behemot czający się w każdej ciemnej bramie.

Dlaczego Sapkowski?

Sapkowski za styl i za to, że czytanie Go po prostu sprawia przyjemność. Tu i teraz. Bez refleksji (można, ale nie koniecznie trzeba), bez zapisywania na marginesie kto z kim, przeciw komu, kto czyim ojcem i dlaczego akurat nie lubił tego czy tamtego. Sapkowski jest jak Sienkiewicz (często napotykam to porównanie i sam to zauważyłem), ale w innej materii, dla mnie o wiele trudniejszej do okiełznania, bo w świecie hiperfantastycznym, całkowicie wykreowanym. Sapkowski zaskakuje swoją elokwencją, ale w taki sposób, że nie wywyższa się ponad czytelnika. Robi tak , że czytelnik jest dumny, że wszystko zrozumiał. A jego porównania, których używa są jak ciepłe słodkie bułeczki z masłem, albo z Nutellą. Albo jak spaghetti z pesto – czujesz? Tylko pomyślisz i ślina sama leci. Poza tym Sapkowski nie pozostawia czytelnika nigdy w rozkroku, nieusatysfakcjonowanego. Zawsze kończy to co zaczął, choć czasem stwarza pozory, że zapomniał. Zawsze postawi ostatnią kropkę, cegłę, mieczem przetnie, a jeśli cięciwa łuku została napięta, to czytelnik może być pewien, że za chwilę ktoś wyzionie ducha. Jak zwał tak zwał. A mimo wszystko zaskakuje. Nie wiem jak on to robi – dobrze wiem, że mnie zaskoczy, a i tak się tego nie spodziewam. Czytając Sapkowskiego zazdrościłem sam sobie, że to robię. „Wiedźmin” i „Trylogia husycka” to najlepsze co czytałem od lat. Problem polega na tym , że czytałem, czytałem, aż wyczytałem, a więcej nie ma.

A poza Sapkowskim i Bułhakowym coś jest w ulubionych?

Graves i jego dwie książki o Klaudiuszu – mistrzostwo świata. I tak bardzo na czasie. A niby 2000 lat temu. Ksiądz Jan Kaczkowski i wszystkie jego piękne słowa na zwątpienie. „Zły” Tyrmanda jak polski Marvel lat 50tych – zamiast Batmana albo X-mena. Iwaszkiewicz na ukojenie nerwów – w zasadzie każde opowiadanie. „Na zachodzie bez zmian” – podnosi do pionu wtedy, kiedy zaczynasz za dużo oczekiwać od świata, który Cię tak „przytłacza”. Edith Nesbit i jej „Pięcioro dzieci i coś” – jak Cię najdzie na wspominki z dzieciństwa. „Lord Jim” – ulubiona lektura, jeśli już trzeba sobie przypomnieć coś ze szkoły. No i „Przedwiośnie” Żeromskiego… książka lepsza niż film J (pamiętajcie drodzy maturzyści, Baryka Żeromskiego nie ginie pod Belwederem, to Bajon go uśmiercił z sobie tylko znanych pobudek!). A na deser Witkacego „Pożegnanie jesieni” i cały Harry Potter. W zależności od nastroju. Dla Dostojewskiego też znajdzie się miejsce na półce, ale odkąd przeczytałem w którejś jego biografii, że dotykał dzieci, jakoś straciłem do niego zdrowie…

Miałeś w dzieciństwie bohatera literackiego, z którym chciałeś się utożsamiać albo może któregoś podziwiałeś?

Chciałem być jak Lord Jim, podziwiałem go i było mi go szkoda. Wiem, że popełnił błąd, że stchórzył. Ale każdy z nas kiedyś stchórzył. Ta książka to szansa dla każdego, kto jest zwykły. Dlatego tak bardzo ją lubię. I tak bardzo podoba mi się jej bohater.

Czy trafił ci się kiedyś scenariusz, który czytałeś z zapartym tchem?

„Ladies in lavender”. Brytyjski projekt. Scenariusz napisany i wyreżyserowany przez Charlesa Dance’a. Dostałem go pocztą, analogowo, wraz z listem – zaproszeniem na casting do Londynu. Pamiętam, że wziąłem tekst do szkoły (Akademia Teatralna w Warszawie) i zaraz po zajęciach poszedłem do Parku Saskiego. W Warszawie. Usiadłem na ławce i zacząłem czytać. Kiedy skończyłem, do ostatniej kropki, w parku nie było nikogo, było zimno i ciemno. Ten scenariusz to fascynująca historia niemieckiego rozbitka, który w trakcie drugiej wojny światowej zostaje wyłowiony przez dwie kobiety, siostry, u wybrzeży , gdzieś w Wielkiej Brytanii. On ma 20 parę lat, amnezję i nie wie, że jest wybitnym skrzypkiem, One mają po 70 i obie się w nim zakochują. W filmie tytułowe role zagrały Judi Dench i Maggie Smith. Głównego bohatera zagrał ostatecznie Daniel Bruhl – znany między innymi z głównej roli w „Good Bye Lenin”. Szkoda.

No to teraz sprawdzian pamięci: czy pamiętasz jakiś cytat, który wydał ci się ważny? Tylko nie mów, że takiego nie było w żadnej przeczytanej przez ciebie książce ?

„Najważniejsi są dobrzy nauczyciele”. Szymon Gajowiec. W „Przedwiośniu” Stefana Żeromskiego. No i ukochany cytat-modlitwa z książki o św. Augustynie: „Panie Boże, daj mi łaskę czystości i wstrzemięźliwości. Ale jeszcze nie dzisiaj, nie dzisiaj!”. Jakie to piękne, nieprawdaż?

A czy miałeś w życiu jakieś ciekawe wydarzenie, związane z książkami? Z czasopismami miałeś w drodze na Syberię, a z książkami?

W drodze na Syberię rzeczywiście mieliśmy 60 sztuk „Playboya”. 200-setne wydanie, specjalne. W środku wywiad z nami, zdjęcia nasze (w ubraniach) i naszych aut. A tytuł wydrukowany bukwami – po rosyjsku : PRIWIET! Periodyk traktowaliśmy jako „prezent” na każdym GAI , gdzie łapała nas milicja. Ale w trakcie tej samej wyprawy czytaliśmy też ambitniejszą literaturę. „Moja Kołyma” Janusza Siemińskiego to książka, którą zabrałem do torby. Tematycznie, niewiele ponad 100 stron, żeby się nie zmęczyć, przecież i tak nie będzie czasu. Ale los chciał inaczej. W trakcie wyprawy musieliśmy zostawić na trasie jeden z samochodów i drogę z Jakucka do Magadanu i z powrotem, w sześciu, pokonaliśmy tylko za pomocą dwóch G-klas. Oznaczało to, że w każdym aucie był kierowca, pilot, a trzecia osoba leżała z tyłu na łóżku i się nudziła. To właśnie z tego powodu, niejako nie mając wyjścia, przeczytaliśmy tę książkę wszyscy, po kolei. Nie potrafię wyrazić słowami jakie to wrażenie, kiedy dowiadujesz się o losach zesłańca syberyjskiego jadąc dokładnie tą samą trasą, którą On pokonywał na piechotę. Ty jedziesz, On szedł. Ty masz auto, On miał tylko swoje nogi. Ty masz spodnie, rękawiczki i kurtkę – wszystko z Gore-Texu, skarpetki i bieliznę z „wilczej wełny”. A On? Dziurawe spodnie, drelichową kurtkę i bose stopy wkładane w przetarte, skórzane buty. Ty chińską maszynkę do gotowania, próżniowo pakowane kabanosy, herbatę, zupy z papierka i wódkę On – letnią wodę z okiem tłuszczu raz na dzień. Ty – 63 dni przygody grzejąc dupę w niemieckim 5cio-gwiazdkowym domu na kołach, On – 9 lat zesłania, -60 stopni Celsjusza i barak bez okien. Ty – pewność, że wrócisz do wanny z bąbelkami, ciepłej żony i pieska. On – nadzieję, że może jutra już nie będzie. Tak, książki potrafią przewrócić świat do góry nogami.

Czy jest jakaś postać z literatury polskiej, którą chciałbyś zagrać?

Chciałbym zagrać Reynevana zwanego Reinmarem z Bielawy – bohatera trylogii: „Narrenturm”, „Boży bojownicy” i „Lux perpetua” Pana Andrzeja Sapkowskiego.

Dziękuję

Kategorie
Lepsze życie

O Hygge, Chanel nr 5 i drzewie boskiej potęgi

Jakiś czas temu kupiliśmy nowe mieszkanie. Oglądając na planach wybraliśmy trzy, a czwarte nam podsunęła opiekunka inwestycji, ale fuknęliśmy na nią, że jakieś takie kanciaste, nierówne, na rogu, że raczej nie. Miła pani była jednak niewzruszona i na oględziny budowy wzięła ze sobą nie trzy, a wszystkie cztery plany.

– Najpierw kopnięte – oznajmiłam, lekko lekceważąco. Poszliśmy więc do tego czwartego, żeby mieć już z głowy. I kiedy otworzyłam drzwi, to wiedziałam, że faktycznie mamy już wybór mieszkania z głowy. Na pozostałe nie mieliśmy co patrzeć, bo to co zobaczyliśmy w tym, już mentalnie naszym mieszkaniu, przyciągnęło nas do tego miejsca niczym magnes. Za oknem jednego z pokojów stał piękny stary dąb. Stał i gapił się na nas, machając gałązkami.

– To Zeus – powiedziałam, bo to było pierwsze co przyszło mi do głowy. Ktoś mógłby powiedzieć, że kupiliśmy mieszkanie, przypomnę „kopnięte” dla drzewa, rosnącego za oknem. A dużo to za oknami drzew? Dlaczego akurat to drzewo przykuło moja uwagę? Dużo później dowiedziałam się, że dąb wśród Słowian uchodził za drzewo boskiej potęgi.

Dlaczego piszę o dębie? Bo każdy powinien mieć swojego Zeusa. Zaraz to uzasadnię. Ostatnio bardzo dużą popularnością cieszy się duński sposób życia, nazywany Hygge. W księgarniach jest kilka poradników, jak żyć wg hygge. Cóż to takiego? To nic innego, jak cieszenie się z małych rzeczy, zauważanie ich. Kiedy ostatni raz stałeś przy oknie i obserwowałeś ptaki, porównywałeś ruch gałęzi drzew w zależności od ich grubości, wiotkości? Kiedy idąc z samochodu do biura, sklepu, kina spojrzałeś w niebo, by przyjrzeć się chmurom? A gdyby tak robić to codziennie? Czy coś się zmieni?

Mogę odpowiedzieć już dziś, narodzi się uważność. Cieszenie się z tego, co mamy nie jest łatwą sztuką. Tak, tak, nie wierzysz? To odpowiedz sobie na kolejne pytanie: czy twoje myśli dziś krążyły wokół zmartwień, trosk, czegoś, czego nie ma, ale może się wydarzyć, bądź też nie? Czy może myślałeś z wdzięcznością o tym, że jesz śliczną mandarynkę z tryskającym aromatycznym sokiem, czy może o miękkim szalu, w którym jest ci ciepło, a może o tym, że uchwyty do szuflad mają śmieszny kształt, bądź wesoły kolor? Zadałam podobne pytanie znajomej.

– O rany, mam okropne uchwyty w szafkach w kuchni – odpowiedziała, a ja już wiedziałam, że ta znajoma nie widzi słońca, ani drzew, ptaków, ani niczego co by mogło sprawić jej radość. A jak nie widzi, to siłą rzeczy nie korzysta z ich dobrodziejstw. I nawet jej do głowy nie przyjdzie, że uchwyty w kuchni można zmienić na fajniejsze, bo te zawsze tu były…

W swojej książce „Białe noce” poruszyłam wątek kobiety wyjątkowej. Wyjątkowej dla dwójki głównych bohaterów. Oni są braćmi, a ona ich matką. Matką w pewnym zacnym wieku. Matką, która na swoje okrągłe urodziny dostała od męża i synów malutki flakonik Channel nr 5. A potem przez wiele lat codziennie rano wyciągała ten flakonik z szuflady na bieliznę i patrzyła na niego. Otwierała i wciągała zapach, a potem szybciutko zamykała, jakby bała się, że zapach się ulotni i odkładała flakonik z powrotem.

A przecież ona chciała cieszyć się tym prezentem, ale odkładała go na specjalne okazje, doskonale wiedząc, że żadnych takich okazji specjalnych w swoim życiu nie przeżyje. A potem wydarzyła się rzecz niezwykła. Już nie na kartach książki, ale w moim własnym życiu, bliska mi osoba pokazała flakonik Channel nr 5 sprzed trzydziestu lat, a w nim były jeszcze perfumy. Dlaczego nie pozwalamy sobie na to, by nasze dziś było specjalną okazją? Dlaczego nie widzimy tego, co mamy, a widzimy to, czego tak naprawdę nie ma?

Z Zeusem rozpoczynam dzień i ten dzień kończę. Z Zeusem pracuję, bo ustawiłam biurko tuż pod oknem, więc siedząc przy komputerze mam wrażenie, że drzewo mnie obserwuje. Cieszę się na jego obecność i obserwując zmiany, jakie codziennie w nim zachodzą, nie widzę ani kanciastych ścian, ani nierówności, ani nic innego, co by mogło mi się w moim mieszkaniu nie podobać. Znajdź koniecznie swojego Zeusa.

Pozycje obowiązkowe: Hygge. Duńska sztuka szczęścia, Tourell Soderberg Marie; Białe noce, Marika Krajniewska; Sekretne życie drzew, Wohlleben Peter.

Photo by Luke Richardson on Unsplash

Kategorie
Lepsza twórczość

Temat przewodni książki. 5 prostych definicji

Jeśli chcesz, aby twoja książka na długo zapadła w pamięć czytelnikowi, albo żeby przyczytał ją zwyczajnie z przyjemnością, zastanów się sam, co chcesz przez nią powiedzieć. Intrygujące losy bohaterów, wartka akcja to tylko połowa sukcesu. Nie mniej ważny jest temat przewodni, czyli coś, co czytelnik może znaleźć między wierszami.

Czego szuka czytelnik? Przesłania, jakie autor przekazuje czytelnikowi poprzez opowiadaną historię. Możesz to nazwać morałem, widać to najlepiej na przykładzie bajek dla dzieci. Dzięki tematowi przewodniemu historia jest ważna i posiada uzasadnienie swojego istnienia. Tak, tak, to ważne nie tylko dla autora, ale również dla czytelnika. Świadomość, że czytany tekst jest po coś.

Poznaj pięć prostych definicji tematu przewodniego w książce, by łatwiej ci było go określić w swoim tekście:

* Niektórzy mówią, że temat przewodni jest jak „nerw” całej opowieści – odkrywanie tematu przewodniego całego opowiadania/powieści jak leczenie kanałowe zęba, im głębiej wiercimy, tym bardziej boli (oddziałuje na czytelnika, wciąga go w akcję, przekonuje do siebie, wwierca się w świadomość, zapada w serce);
* Opowieść bez istotnego, ważnego tematu nie pozostawia żadnego echa, czytelnik zapomina „puste” historie;
* Temat przewodni opowieści powinien być fundamentem historii;
* Temat powinien wypływać z opowiadanej historii;
* Temat jak cień – ledwie widoczny na tle wydarzeń, przenikający delikatnie, nie narzucając swojej istoty, aby uniknąć moralizatorstwa – czytelnik sam odkrywa temat historii.

Jakie są najczęstsze tematy literackie:

* relacje międzyludzkie (miłość, nienawiść, przyjaźń, narodziny, śmierć);
* zagrożenia (wojna, kataklizmy, uprzedzenia);
* naoczny świadek (reportażowe ukazanie rzeczywistości).

Jakie są przykłady przesłań z literatury światowej:

* „Zbrodnia i kara” F. Dostojewski – kilka przesłań dotyczących odwiecznych pytań ludzkości, np.: sens życia, istnienie Boga, niesprawiedliwość społeczna, słabość człowieka;
* „Cierpienia młodego Wertera” JW. Goethego to przede wszystkim opowieść o nieszczęśliwej miłości, o szczęściu i relacjach między skrajnościami;
* „Folwark zwierzęcy” George Orwell – parabola systemu totalitarnego;
* „Dżuma” Albert Camus – Śmierć ustanawia porządek świata – w tym widać tragizm losu ludzkiego. Nie można z tym w żaden sposób walczyć. Śmierci nie da się uniknąć, ale nie ma powodu, by ją przyśpieszać;

A co w literaturze współczesnej:

* „Trucicielka” Eric-Emmanuel Schmitt – Nigdy nie jest za późno na zmianę, nawet jeśli nie zawsze dane nam będzie szczęśliwe zakończenie;
* „Jedz, módl się, kochaj” Elizabeth Gilbert – Co może się zdarzyć, kiedy bierzemy odpowiedzialność za nasze własne zadowolenie z życia;
* „Kiedy ulegnę” Chang-Rae Lee – Miłość może zranić bardziej niż wojna;
* „Krucha jak lód” Jodi Picoult – Jak wiele rodzic jest w stanie poświęcić z miłości do dziecka.

Photo by Ben White on Unsplash

Kategorie
Lepsze rozmowy

Marcel Woźniak o Tyrmandzie. Jak napisać biografię

Jest moim przyjacielem i to jest najważniejsze, ale oprócz tego pisze! I to nie byle co. W zeszłym roku nakładem wydawnictwa Mg została wydana napisana przez niego biografia Leopolda Tyrmanda „Moja śmierć będzie taka, jak moje życie”, na której się dziś skupimy. A już w czerwcu premiera jego kryminału „Powtórka”. Marcel Woźniak, dusza człowiek, lubiący opowiadać dowcipy i, jak się niedawno dowiedziałam, piec ciastka. Zapraszam na opowieść o tym, jak się pisze o czyimś życiu tak, że się czyta jednym tchem.

Zanim zaczniemy od początku, to pozwolę sobie zapytać wprost: czy nie bałeś się, że coś napiszesz źle? Chyba zawsze istnieje jakiś procent szansy na nieświadome przekłamanie historii.

Oczywiście, że się bałem – jak cholera! Ale potem zacząłem sobie powtarzać słowa Rocky’ego, że on zawsze się trochę bał przed walką, bo to go mobilizowało. Nie ma jasnej odpowiedzi na pytanie, jak opowiedzieć czy opisać czyjeś życie. Jedyne, co można tylko i aż zrobić, to zebrać tyle informacji i wyciągnąć tyle wniosków, by być na końcu pewnym, że zrobiło się wszystko, co było w naszej mocy. Potem tylko valium – i można iść spać!

Jak zacząć? Był sobie kiedyś jakiś gość, który zrobił coś wartościowego. Nie ma go już, nie możesz podejść i zapytać o to, cię interesuje, ale odpowiedź na te niewypowiedziane pytania musisz znać. Jak to zrobić? Od czego zacząć?

Wszystko wzięło się ze Złego. Tak mi się spodobała ta cegła, że zaciekawiłem się autorem, zacząłem o nim czytać. Pierwsza jest iskra – jak przy skręceniu w boczną uliczkę albo wróceniu pilotem na kanał tv, na którym coś mignęło. Jeszcze nie wiemy, co to jest. Może nigdy się nie dowiemy. Mimo tego, przy kolejnej tego typu sytuacji znów zwalniamy kroku. Tak się zaczyna. Potem po prostu czytamy i poznajemy tę osobę tak, jak poznaje się żywego człowieka. Nie ma dobrej recepty na wielką przyjaźń (śmiech). Splot okoliczności może jednak sprawić, że coś zacznie układać się w całość. Na początku Tyrmand był dla mnie zbiorem anegdot. Im więcej czytałem i słuchałem, tym więcej elementów odrywało się od tego zbioru i tkało pomału swoją historię. Długo nie wiedziałem, jaki będzie tytuł – gimnastykowałem się i prężyłem na wszystkie strony, tymczasem… Tytuł przyszedł sam. Kiedy zobaczyłem zdanie „moja śmierć będzie taka, jak moje życie”, zobaczyłem całe Tyrmanda życie w papierach. I tak zapisałem na okładce. Oczywiście, po akceptacji rodziny i wydawcy (śmiech). Każdego z nas różni ludzie zamknęliby w jakiejś opowieści. Każda byłaby inna. Czy to znaczy, że lepsza lub gorsza? Cholera wie.

Czy w biografii jest miejsce na beletrystykę? Czy pisarz może być narratorem, czy może narratora wprowadzić, aby złapać dystans albo ułatwić sobie nieco pracę – czy może nie ma taki zabieg zupełnie sensu?

Myślę, choć mogę się mylić, że z jednej strony mamy wyznaczniki gatunkowe i stylowe, a z drugiej – miarą jest skuteczność. W tym wypadku – skuteczność dotarcia do czytelnika i zaciekawienia go, przy zachowaniu prawdy i intencji, jaka przyświeca opowiadaniu tej historii. Przeciwny jestem bujdom na resorach, które nie mają nic wspólnego z faktami. Czytałem kiedyś książkę o Houdinim. Napaliłem się na nią, miałem nadzieję na poznanie od podszewki losów wielkiego iluzjonisty. Tymczasem książka okazała się, owszem, beletrystycznym kolażem, ale jednym z tych, gdzie autorowi naprawdę odlutowała się fajurka. Nawet dokumentaliści wiedzą, że każda prawda jest subiektywna. Jednocześnie – mamy określonego odbiorcę. Sztuką jest połączyć metodę i cel. W moim wypadku – mogłem snuć beletrystyczne intrygi o romansach w nieskończoność. Wybrałem jednak inny sposób. Rozdziały zbudowałem metodą scenariusza filmowego, wplatając beletrystykę dla uwypuklenia dynamiki zdarzeń: areszt, ucieczka, rozterki przed opuszczeniem kraju. Wszystko zależy od realizacji, tego, jak pisarz podejdzie do materiału. Ile pokory zachowa wobec historii, a ile będzie chciał pokazać swojego pióra, które może pasować na przykład, jak kwiatek do kożucha (śmiech). Wierzę, że jest kompromis. Ostatecznie, książki są to po, żeby je czytać, no nie?

Pracowałeś w archiwach, słuchając twoich opowieści wyobraziłam sobie Marcela – detektywa. Czy miałam trochę racji?

W archiwach nie można pykać fajek (śmiech). Były momenty, kiedy faktycznie siedziałem nad papierami, z biletem na samolot w jednej ręce i lupą w drugiej. Było sporo tych magicznych momentów, kiedy na widok jakiegoś szczegółu, napisu, zdjęcia, nasze usta składają się do wypowiedzenia pod nosem słowa powszechnie uważanego za przekleństwo. Czyli parafrazę „eureki”. Tak było z pierścieniem, który zauważyłem na palcu Tyrmanda. Szukałem śladów jego obecności w obozie jenieckim, a dowód miałem cały czas przed nosem – sygnet jest na wszystkich zdjęciach! Tak było z odnalezionym w Wilnie domem, kiedy mając w pamięci słowa o tym, jak ktoś „wspinał się” do pewnego budynku, zastanawiałem się czy chodziło o wspinanie po schodach, po bruku, uliczce, górce, zboczu, a może o zwykłe przewyższenie terenu. Straciłem cały dzień, krążąc po całym kwartale osiedla i próbowałem wyobrazić sobie, co mógł widzieć bohater z okna, pod jakim drzewem mógł zakopać książki, gdzie było „drugie piętro z małym oknem”. Z genealogiem z Brukseli porównywaliśmy zdjęcia zebrane w USA i Australii, aż odkryliśmy na nich detale tła, po których rozszyfrowaliśmy tożsamość osoby z portretu: był to dziadek Tyrmanda. Przygoda życia.

Mówiłeś o pewnej ciekawej trudności, nazwijmy ją „śledczej”, kiedy nie wszyscy krewni twojego bohatera, byli zadowoleni z tego, co napisałeś, a ty przecież trzymałeś się faktów. Co się robi w takiej sytuacji?

Pije kawę albo coś innego (śmiech). Można to przyjąć z pokorą, zastanowić się czy gdzieś był błąd. Często nie chodzi jednak o błąd, a o perspektywę. Jak z tymi historiami – lepszymi, gorszymi, różnymi po prostu. Na to nie ma rozwiązania. No chyba, że jest nim upływający czas. Jeden z recenzentów stwierdził na przykład, że z pewnością książkę napisałem „by zadowolić syna Tyrmanda”. Było to zupełnie od czapy, więc wytłumaczyłem cierpliwie, co znaczyło dla rodziny odkrywanie przeszłości o przodkach. Ktoś inny stwierdził po lekturze, że ja Tyrmanda… nie lubię! Że tak wynika z treści! Złapałem się za głowę. No bo jak?

Gdybyś miał dać innym pięć słów-kluczy do lepszego, łatwiejszego, trafniejszego pisania biografii, to jakie by te słowa były? Niech staną się radą dla piszących o innych.

Serce. Intuicja. Wiedza. Transgeneracja. Pamięć.

Czy pisanie biografii może być sposobem na życie?

Myślę, że tak. Są przykłady pisarzy, którzy tak robią. Można to pewnie potraktować, jako solidną, reporterską-śledczą robotę. Dla mnie jednak istotny jest własny wkład i stosunek do opowiadanej historii. To tak samo, jak z reżyserią czy aktorstwem. Opowiadana historia czy grana rola muszą cię porwać, musisz w nich znaleźć coś z – lub dla siebie. Serce ma większą moc przerobową od mózgu…

Czego twórcy może brakować, gdyby ograniczył się do pisania biografii?

Pieniędzy? (śmiech) Są ludzie, którzy świetnie czują się w jednej konwencji gatunkowej czy dziennikarskiej. Czy reporterowi brakuje pisania wierszy?.. Nie wiem. Mi brakowało fabuły – dlatego biografię utkałem, jak scenariusz, a potem wziąłem się za pisanie powieści, która niedługo się ukaże. A po niej… kolejna biografia. I tak do śmierci (śmiech).

Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka, jak moje życie – Marcel Woźniak, wydawnictwo Mg.
fot. Łukasz Piecyk

Kategorie
Lepsza twórczość

Pisz Meisnerem, czyli niech się dzieje wola nieba

O technice Meisnera z pewnością słyszał niejeden aktor. A o poddaniu się strumieniowi świadomości niejeden pisarz. Jednak o ile stosując drugie ćwiczenie pozwalamy sobie na uruchomienie wyobraźni i niekontrolowane przelewanie na papier myśli, o tyle posługiwanie się techniką Meisnera może doprowadzić do czegoś głębszego, bardziej złożonego na zadany temat.

Meisner nie tylko dla aktorów. Choć jest to metoda pracy aktorskiej, korzystają z niej reżyserzy i scenarzyści. Sanford Meisner powiedział „W porządku jest się mylić, nie w porządku jest nie spróbować”. Stawia on na siłę improwizacji. Powiecie pewnie, no tak, to dobre dla aktorów. A ja wam na to odpowiem, że dobre również dla pisarzy.

Meisner daje siłę w kreowaniu postaci. Dzięki stosowaniu jego technik improwizacyjnych możemy w łatwy sposób zaistnieć w swojej wyobraźni jako konkretna postać z naszej książki. Skutek: postać nie będzie papierowa, nabierze realnych cech, które przekonają czytelnika, zaintrygują, a pisarzowi pozwolą na wybór najlepszych rozwiązań. To samo dotyczy fabuły. Nie wiesz jak ma się potoczyć dalej akcja powieści? Pozwól na improwizację.

Podam najprostsze ćwiczenie, jakie możesz wykonać niezależnie od tego, nad czym obecnie pracujesz. Masz bohatera, ale akcja się nie posuwa do przodu? Zamknij oczy i wybierz się z tym bohaterem gdzieś, gdzie będziesz mógł z nim porozmawiać, poobserwować go. Nie, nie zwariowałam. Zamknij oczy i wyobraź sobie bohatera, zrób tylko tyle, a teraz rozejrzyj się po swoim śnie. Co widzisz dookoła? W jakim miejscu się spotykacie? Co bohater ma na sobie? Co robi, co trzyma w dłoni, czy szura, czy kuśtyka, czy jest radosny, zmęczony, czy jest z nim ktoś? Jaki czujesz zapach, skąd dobiega itd. Bądź ciekawy wszystkiego, a gdy już się rozejrzysz, zacznij rozmowę.

Nie zastanawiaj się nad tym, jakie pytanie zadać, jakie słowo wypowiedzieć. Po prostu otwórz usta i mów. Lecz nie zapominaj słuchać i wciąż się przypatrywać temu, co was otacza. Jeśli chcesz, możesz otworzyć oczy i usiąść do komputera lub sięgnąć po notes. Zapisuj wszystko, co właśnie śni ci się na jawie. Gdy skończysz, zorientujesz się, że masz gotową opowieść albo przynajmniej wyznaczony kierunek akcji, z którą wcześniej nie wiedziałeś co masz zrobić.

Jeśli tego będzie za mało, poczytaj o technikach Meisnera, zapisz się na warsztaty dla aktorów. Pobaw się improwizacją, by otworzyć się na nowe możliwości pisarskie i wydobyć z siebie więcej kreatywności.

Photo by Bookblock on Unsplash

Kategorie
Lepsza twórczość

O czym pisać, by mnie czytano? Poradnik nietypowy

O czym pisać, by mnie czytano? 5 pytań, odpowiedzi na które pomogą wybrać temat opowieści. Nietypowy poradnik typowej pisarki i typowego wydawcy. Czyli coś w sam raz dla ciebie! Jeśli zachodzisz w głowę jaki temat wybrać do swojej kolejnej, a może pierwszej książki odpowiedz sobie na poniższe pięć pytań. Jeśli wiesz, co chcesz powiedzieć, ale nie wiesz jak skonstruować fabułę, odpowiedz na pieć poniższych pytań. Jeśli wiesz co i jak chcesz przekazać czytelnikom, ale masz wątpliwości, czy będzie to dla nich atrakcyjne, odpowiedz na pięć poniższych pytań.

Pytanie numer 1

Czy muszę opowiadać coś nowego, czego jeszcze nie było? W zasadzie jest to pytanie reporyczne. Odpowiedź nasuwa się sama: wszystko już było, ale sposób przedstawienia starej historii, osadzenie jej w realia dotychczas niespotykane może ją wynieść na pierwsze miejsca listów bestsellerów. O takich przypadkach świat literatury słyszał niejednokrotnie. Wystarczy znalezienie unukalnego sposobu na opowedzenie o tym, o czym wszyscy doskonale wiemy. Chyba, że piszesz poradnik, a nie beletrystykę. Choć i w jednym i w drugim przypadku warto bazować na własnej wiedzy i doświadczeniu, już samo to nada książce unikatowość i niepowtarzalność. Nie sil się zatem na wymyślanie czegoś nowego, jeśli sprawia ci to problem. Może warto opisać znajomy temat, ale spojrzeć na niego z zupełnie innej perspektywy?

Pytanie numer 2

Nic co ludzkie nie jest mi obce, czyli czy moja opowieść będzie dość emocjonalna? O ile książka może być papierowa, o tyle fabuła już nie. Bez emocji, konfliktów, przeżyć, konfliktów (to celowe powtórzenie, aby słowo „konflikt” utkwiło w pamięci na dobre!) bohaterowie nie mają szans na utkwienie w pamięci czytelnika. A bez tego nie ma nic. Czytelnik lubi utożsamiać się z bohaterem, albo mu współczuć, albo się na niego złościć. Nie istotne jest jakie emocje wywołuje dana książka, najważniejsze, że w ogóle je wywołuje. Jak tego dokonać? Postaw się w roli bohatera, którego chcesz stworzyć bądź już stworzyłeś. Czy chciałbyś być na jego miejscu? Jeśli odpowiedź jest twierdząca, to dobrze. Jeśli przecząca, to zadaj sobie kolejne pytanie: dlaczego nie? Czy chodzi o to, że jest nudny i nijaki, czy może jego życie jest tak bardzo emocjonalne, że wolisz swoją strefę komfortu. Jeśli skłaniasz się ku tej drugiej części odpowiedzi, wygrałeś! Pisz o takim bohaterze. Zastanów się też po co to wszystko? Czym wzbogaci czytelnika opowiadana historia, czy coś w nim zmieni, czy przekaże mądrość, pokaże ciekawy nieznany świat, przyniesie oczyszczenie, przypomni prawdy życiowe, doda otuchy itd.? Ta lista może być długa.

Pytanie numer 3

O czym sam chciałbyś przeczytać? Tu mamy fantastycze pole do popisu, zwłaszcza jeśli sam lubisz czytać i pochłaniasz książki tonami, wierzę, że tak, inaczej byś nie zabierał się za pisanie. Jakich książek brakuje? Zrób sondę wśród przyjaciół, zastanówcie się razem, jakiej opowieści jeszcze nie odkryliście w księgarni?

Pytanie numer 4

Czy mam się sugerować listami bestsellerów? To pytanie wiąże się z poprzednim. Z jednej strony nasuwa się odpowiedź, tak! W końcu się dobrze sprzedają, skoro na tych listach są. Jednak, gdy zapytasz wydawcę, odpowie ci, że niekoniecznie. Wszelkie rankingi, mimo, że są oparte na wynikach sprzedażowych, są również pochodną skrzętnie zaplanowanej akcji marketingowej wydawcy, agencji PR, obsługującej wydawcę i konkretnej księgarni. Mało tego, gro czytelników, krzywi się na sam widok kolejnej podobnej do popprzednio promowanej w ten sposób pozycji. Tak, ludzie kupują reklamowane książki, ale tak, ludzie mają dosyć tego samego. I tu wracamy do pytania numer jeden: poszukaj autentyczności. Ten dziwny stwór siedzi w każdym z nas, wystarczy go tylko oswoić.

Pytanie numer 5

Czego oczekuje ode mnie wydawca? Jeśli wydaje ci się, że to pytanie ciebie nie dotyczy, jesteś w błędzie. Wydawca zna się na rzeczy. Możemy śmiało przyjąć takie założenie i może doradzić, czy dany temat będzie atrakcyjny dla czytelnika. To nie wszystko, bardzo wielu autorów wysyłając gotowy tekst książki do różnych wydawców, zupełnie pomija wytyczne zawarte na stronie wydawnictwa skierowane do autorów. Ten dział może stanowić źródło wiedzy dla pisarza, który chciałby się związać z konkretnym wydawcą. Poza tym, warto też przejrzeć, a najlepiej poczytać książki już wydane przez danego wydawcę, by zorientować się co go kręci, co go podnieca. Tym sposobem z pewnością znajdziemy dla siebie niezły trop.